Czym jest dla mnie samochód?

Czym jest dla mnie samochód?

Każdy z nas ma inne podejście do aut. Dla jednych będą one spełnieniem marzeń np. czarne Audi A4 B7 dla przeciętnego ojca trójki dzieci z małego miasteczka, koniecznie z dieslem pod maską, dla innych będzie tylko narzędziem do poruszania się z punktu A do punktu B. Taka osoba raczej nie trafi na tego bloga. Dla pasjonatów-pragmatyków (takich jak ja) samochód musi mieć specyficzne cechy, ale mój musi być przede wszystkim tani w eksploatacji. Musi mieć coś czym się będzie wyróżniał, coś co mi zapewni dawkę emocji, musi mi się podobać, musi być „jakiś”. Cechy charakterystyczne – jeśli ich nie ma to szybko się znudzi. Miałem jedno takie nijakie cudo – Opel Astra kombi z dieslem. Bardziej nijakiego samochodu nie mogę sobie wyobrazić. Większość samochodów, które przychodzą mi do głowy mają jakieś atrybuty, które sprawiają, że z czymś nam się kojarzą. Weźmy pierwszego z brzegu passata. Kojarzy nam się z kultem auta idealnego dla typowego Janusza, zrobi 500 000 km i dalej będzie sobie jeździł jakby nigdy nic. Co to za przebieg pół miliona dla passata? Zdecydowana większość na naszym rynku ma już tą granicę dawno za sobą. Kolejne do głowy przyszło mi Seicento. Kojarzy mi się z panem na emeryturze, kupił jako nowe w 2002 roku, wyposażenia absolutnie brak, przebieg znikomy. Laguna II – królowa lawet, Alfa Romeo – zawsze zepsuta. Do większości potrafimy przypisać jakieś określenia, ale do Astry? Ja nie potrafię, po prostu jest nijaka pod każdym względem. To nieszczęście ciągnęło się za mną półtora roku. Pamiętam jak kupując ją mówiłem, że maksymalnie pół roku będę nią jeździł. Chciałem ją sprzedać po tym czasie, ale nikt nie był nią zainteresowany. Wystawiona na sprzedaż była przez prawie rok, zainteresowanie praktycznie zerowe, mało kto dzwonił, nikt nie przyjeżdżał, podczas sprzedaży popełniłem kilka błędów i być może dlatego tak długo u mnie była. Kiedyś to opiszę w innym artykule. Swoją drogą samochód kupił pierwszy facet, który przyjechał zobaczyć ten samochód. Całe szczęście sprzedałem. Następny samochód musiał być znacznie ciekawszy, a jednocześnie nadal tani w utrzymaniu. Wybór padł na… Volvo S40 drugiej generacji. Z benzynowym 2.4. Pomyślicie sobie „Co on pier…” Volvo tanie w utrzymaniu? Owszem, tanie, ale… Na to auto chciałem przeznaczyć około 20 000 złotych, ze wszystkim. Czyli z zakupem, ubezpieczeniem, założeniem LPG, pierwszym, dużym serwisem. Dlaczego akurat to volvo? Właśnie dlatego, że jest „jakieś” i będę mógł je tanio utrzymać. Co je wyróżnia? Stylistyka, Szwedzi mają swój styl. Ten wodospad we wnętrzu, pięciocylindrowy silnik w kompaktowym sedanie, poziom bezpieczeństwa wyższy niż u konkurentów. Tanią eksploatację zapewni mi płyta podłogowa prosto z Focusa MK2 i prosty benzynowy silnik z gazem. Mam to volvo pół roku i zepsuł mi się tylko alternator, koszt całkowitej naprawy 400 zł.

Podsumowując, czym jest dla mnie samochód? Przede wszystkim środkiem transportu, który będzie „jakiś” i spełni założone warunki. Miał mi się podobać – i się podoba. Miał być dynamiczny, 2.4 w takim małym samochodzie mówi wszystko. Miał być wygodny – i jest. Fotele w nim są świetnie. Jednocześnie nie musiał być duży, bo jeżdżę praktycznie zawsze sam ale z jednym pasażerem. Chciałem jeszcze, żeby był dużo bardziej cichy niż opel (był cholernie głośny!). Spełnia wszystkie wymagania jakie stawiałem. Każdy kto kupuje samochód powinien sobie postawić pytanie – jakie warunki musi spełniać? I taki samochód znaleźć.

Zachęcam do komentowania 🙂

Dodaj komentarz

Close Menu